WERSJE JĘZYKOWE:  

Artykuły

Opowieść VI

Rajdy - polska specjalność

Na jeździectwo tak jak i na wszystko inne trzeba mieć pomysł. Ideę, która zjedna sobie sympatyków i porwie tłumy. Koncepcję dzięki, której uda się zdobyć zainteresowanie ludzi, wciągnie ich do zabawy, przygody, sportowej rywalizacji. Mając na uwadze to wszystko z prawdziwym podziwem patrzę na fenomen stylu western. Jestem przekonany, że jego popularność nie jest żadnym przypadkiem, a bardzo przemyślaną precyzyjną strategią, na którą składa się  wiele czynników. Dzięki temu jest to dyscyplina absolutnie kompletna i już wyjaśniam, co przez to rozumiem. Styl West jest dyscypliną jeździecką, w której teoretycznie każdy znajdzie dla siebie miejsce. Niedzielny jeździec założy kowbojski kapelusz, przyodzieje jeansy i już czuje trochę jak szeryf z dzikiego zachodu. Wolny, wyluzowany, nie skrępowany przez klasyczny styl, ubiór, czy obowiązujące schematy. Do tego wszystkiego dostanie konia trenowanego według  naturalnych metod, a wiec bardziej spokojnego, zrównoważonego, obliczalnego, mówiąc krótko bezpieczniejszego. Wsiądzie w kowbojską kulbakę, głęboką, wygodną z szerokimi strzemionami, w których nie ma strachu, że pozostanie noga i absolutnie komfortowo może podreptać po ujeżdżalni. Kiedy nabierze trochę wprawy dokupi sobie pasujące do siodła sakwy, spakuje w nie potrzebne rzeczy i będzie mógł ruszyć w teren, a z czasem oddać się tak przyjemnej konnej włóczędze. Z kolei ktoś bardziej zainteresowany i nastawiony na rywalizację  znajdzie w stylu West przeróżne pola do realizacji swoich pasji. Jeździec z zacięciem wyścigowym może pościgać się między beczkami, albo tyczkami. Ktoś nastawiony na jeżdżenie bardziej techniczne z przyjemnością spróbuje sił na specjalnym torze przeszkód. Natomiast na prawdziwą elitę tego stylu jazdy czeka koronna konkurencja, czyli westowe ujeżdżenie. Prostota zasad, a także łatwość rozegrania rywalizacji, sprawia, że można bawić się niemal w każdych warunkach. Jeśli kilku znajomych spotka się w stajni w sobotni poranek to wystarczy, że ustawią kilka żerdzi, parę tyczek, zaimprowizują mostek z drewna i już zawody gotowe.  A gdyby przypadkiem ktoś miał większe sportowe aspiracje, to też nie ma problemu. Czekają na niego zawody regionalne, ogólnopolskie, a jak trzeba to i mistrzostwa świata. Styl western ma do tego wszystkiego jeszcze otoczkę kulturową w postaci muzyki country i filmów z dzikiego zachodu.  I niech mi ktoś powie, że kowbojski styl jazdy nie jest na jeździeckim rynku produktem wręcz genialnym.?

 

Rozpisałem się o amerykańskim Weście widząc w nim analogię do naszego polskiego jeździectwa , a także gotowy wzór według jakiego być może udałoby się nam skonstruować w końskim świecie coś swojego. Uważam bowiem, że tak ja dla Stanów styl western, tak dla nas specjalnością narodową mogłyby się stać RAJDY.

Pozwólcie, że zacznę od historii. Na Kresach Wschodnich Rzeczypospolitej przez wieki broniliśmy granic i wojowaliśmy z niezwykle mobilną i błyskawicznie przemieszczającą się konnicą tatarską. Warto dodać, że odległości na ówczesnych rubieżach były olbrzymie, a Polska sięgała  niemal od morza do morza. To spowodowało, że potrzebowaliśmy niezwykle dzielnych, odpornych i wytrzymałych koni. Przecież nasza ówczesna fascynacja arabami nie polegała na tym, że te konie były piękne. Chodziło o zupełnie co innego, a mianowicie wierzchowce z pustyni były najszybsze i najwytrwalsze w długich pochodach, w dodatku najmniej się – jeśli wolno tak powiedzieć- zużywały. To był prawdziwy powód używania orientalnej krwi w hodowli. Do legendy przeszły wyprawy Sobieskiego na czambuły, gdzie nasz ówczesny hetman z garstką wojska rozbijał wielokrotnie liczniejsze tatarskie oddziały. Jego taktyka opierała się na totalnym zaskoczeniu i ataku w najmniej spodziewanym miejscu i momencie. Do tak intensywnych przemarszów na wielkie odległości i nieustających bitewnych potyczek potrzebne były konie o niewiarygodnej wprost wytrzymałości. Zostawiając na boku wojnę, przez całe wieki nasze wschodnie rubieże były słabo zaludnione, a odległości między sąsiadami znaczne i co oczywiste drogi bardzo kiepskie. Szlachta lubowała się w wytrzymałych, rączych koniach również ze względów czysto praktycznych, gdyż takimi wierzchowcami szybciej i bezpieczniej można było podróżować. W owych czasach powszechna była zresztą opinia, że tak szybko jak na polskich Kresach nie jeżdżono nigdzie w Europie. Ten styl jazdy, jak również i te konie przetrwały do dwudziestego wieku i pogrzebała je dopiero druga wojna światowa. Żeby daleko nie szukać kilkanaście kilometrów od naszego domu leżą Wojsławice. W dwudziestoleciu międzywojennym konie hodował tu znany wówczas w Polsce Franciszek Poletyłło. Miał on zwyczaj wysyłać z listem konnego posłańca do Lublina. Wojsławice i Lulin dzieli jakieś 90 km., a jeździec musiał zajechać i jeszcze tego samego dnia wrócić z odpowiedzią. Poletyłło z właściwą sobie fantazją mawiał , że szkoda mu pieniędzy na pocztowe znaczki, tak naprawdę jednak chodziło mu o próby dzielności swoich koni. Można by długo pisać jak rozjeżdżali po Kresach Rzewuscy, Dzieduszyccy , Potoccy i wielu im podobnych, ale to temat na większą pracę, zapewniam tylko, że tradycje w tym względzie mamy rzeczywiście olbrzymie.

Niewątpliwie przez wieki ukształtował się specyficzny sposób jazdy, a także użytkowania koni, który w wydaniu współczesnym śmiało możemy nazwać konnymi rajdami długodystansowymi.

Rajdy podobnie jak western są w moim rozumieniu dyscypliną kompletną. Może je uprawiać każdy i niemal na każdym stopniu jeździeckiego zaawansowania. Dla jeźdźców rekreacyjnych będą to mniejsze lub większe wyprawy w teren, albo jak mówimy na Kresach wycieczki czy podjazdy. Dla nieco bardziej zaawansowanych wielką frajdą będą kilkudniowe rajdy. Zaś przed tymi, którzy połkną sportowego bakcyla stoi otworem zawodnicza kariera. Na początek można spróbować sił w rajdach amatorskich, gdzie nie trzeba posiadać jeździeckich odznak, ani sportowych licencji. Później jeśli ktoś zechce zaczyna się zabawa w zagrywanie koni i jeźdźców począwszy od 30 km,, a na 160 skończywszy. I jak w Weście od zawodów regionalnych po mistrzostwa świata.

Kolejnym argumentem, aby z rajdów uczynić polską specjalność są konie. Wciąż mamy jedną z najlepszych hodowli konia arabskiego. Wprawdzie ostatnio przeważa kierunek pokazowy, ale warto pamiętać, że kraje gdzie rajdy cieszą się dużą popularnością budowały swoją hodowlaną potęgę jeśli nie w oparciu, to niewątpliwie przy użyciu polskich arabów. To samo dotyczy koni półkrwi, zwłaszcza orientalnej. Możemy opowiadać bajki, że polskie małopolaki będą skakać tak jak te holenderskie, czy niemieckie, ale prawda jest taka( widoczna zresztą po wynikach), że nasze konie stworzone zostały do czego innego. Przecież jeszcze kilka pokoleń wstecz nasza szlachta przemierzała nimi wierzchem lub w zaprzęgu ogromne przestrzenie.

Co jeszcze mamy? Ano przepiękny kraj. Jeździłem konno w wielu rejonach naszej ojczyzny i wiem, że Polska jest rajem do konnej turystyki czy rajdów. Bieszczady, ściana wschodnia, bory dolnośląskie, Kaszuby to dla koniarzy miejsca wręcz wymarzone.

A skoro koń to kultura, dopowiem jeszcze, że celem naszych końskich eskapad nie muszą być wcale wiejskie budki z piwem, choć i te bywają czasem przyjemne. Wystarczy rozejrzeć się dookoła a z pewnością w najbliższej okolicy znajdziemy wiele ciekawych historycznych miejsc, które warto konno odwiedzić, a przy okazji dowiedzieć się o nich czegoś więcej. Wystarczy trochę pomyszkować w starych pamiętnikach, książkach, mapach,  czasem Internecie, a zapewniam, że wyniki przejdą nasze najśmielsze oczekiwania. Ja sprowadzając się na Zamojszczyznę nie miałem pojęcia, że dwadzieścia kilometrów od mego domu Sienkiewicz zaczynał pisać „Ogniem i mieczem”.  Dwadzieścia kilometrów w inną stronę kardynał Wyszyński ukrywał się w czasie wojny. W oddalonym o 10 km. Grabowcu stał kiedyś zamek warowny, a tuż obok w Grabowczyku miał rodową siedzibę znany malarz Czachórski.  Jakby tego było mało, w półtorej godziny koniem docieram pod Komarów, gdzie odbyła słynna bitwa, w której polscy ułani rozbili Konną Armię Budionnego. Nie chcę zanudzać, bo takich miejsc jest znacznie więcej. Natomiast z całą pewnością nie poznałbym ich i ich historii, gdyby nie wyprawy na grzbiecie konia.
Rzucając koncepcję rajdów jako naszej narodowej specjalności, mam oczywiście świadomość jak wiele nam brakuje. Nie mamy wystarczającej ilości konnych szlaków i związanej z tym infrastruktury, brakuje nam koni przygotowanych do jazdy w terenie. Wreszcie do takiego jeździectwa nie jesteśmy przygotowani technicznie. Owszem, szkolenie się poprawia, ilość ludzie zdobywających jeździeckie odznaki również. Problem w tym, że w ogromnej większości jeźdźcy ci znakomicie radzą sobie w sterylnej rzeczywistości ujeżdżalni, natomiast w realnym terenie, zdani wyłącznie na siebie są kompletnie bezradni. Popatrzcie ile dookoła nas stajni, gdzie w ogóle nie jeździ się w teren, a jeśli ktoś wypuszcza się samodzielnie w plener traktowany jest niemal jak szaleniec.  Z drugiej strony to wszystko detale, na którymi trzeba oczywiście pracować, ale też nie powinny nam one zamazywać obrazu sytuacji. Jestem przekonany, ze mamy w rękach naprawdę ogromne atuty i najwyższa pora zacząć z nich korzystać. Inaczej mówiąc rajdowe tradycje to ten przysłowiowy złoty róg...


Opowieść V

Stara klacz

Stary koń kryje w sobie mądrość i jakąś trudno uchwytną tajemnicę natury. Zachwyca dostojeństwem i wręcz onieśmiela majestatem. Przeważnie zajmuje w stadzie szczególną pozycję i jest hołubiony przez inne, młodsze, i silniejsze konie. Nierzadko stare klacze przewodzą stadu decydując o jego zachowaniach czy ruchach. Przychodzą mi na myśl opowieści o starych koniach, które ludzie niezwykle cenili, właściwie pod każdą szerokością geograficzną. Beduini starali się zapewnić im godziwą starość, Indianie traktowali niemal jak święte. Pamiętam opowieści Roamana Pankiewicza o starych arabskich klaczach, ich łagodnych oczach, mądrości. O tym jak z ufnością kładły głowę na ramieniu człowieka, muskając delikatnie swego pana aksamitnymi wargami. Podczas swojego pierwszego pobytu na słynnej janowskiej aukcji widziałem wiele koni, które zapierały dech w piersiach, a jednak największe wrażenie zrobiła na mnie dwudziestoośmioletnia wówczas legendarna Algeria. Wyszła na plac okryta derką w pięknej arabskiej prezenterce. Nie robiła żadnych popisów, nie pokazywała się w ruchu, po prostu stanęła i była. Najciekawsze, że w tym momencie wszystkie pokazywane dotąd cudownie ruszające się i prezentujące araby jakby nagle zbladły. Algeria przykryła je swoim dostojeństwem, mądrością , majestatem tak jak wirtuoz przykrywa swoją grą całą, nawet bardzo dobrą orkiestrę.

W czasie swojej dotychczasowej przygody z arabami nie miałem do czynienia ze starymi końmi. Owszem widywałem je czasem w innych stadninach, częściej o nich czytałem, ale żeby naprawdę powiedzieć coś o koniach trzeba je mieć na własnym podwórku. Wreszcie los sprawił, że stało się inaczej. Kiedy założyliśmy internet, na forum portalu Polskie Araby trafiliśmy na temat: Eleina - matka stadna z Kurozwęk, a w nim na następujący tekst: " To nie jest ogłoszenie o sprzedaży konia. Nie jest to też apel o pomoc, czy zbiórkę pieniędzy. To jest tylko opowieść o koniu, obok którego nie umiałam przejść obojętnie, ale jedyne co mogą zrobić , to o nim napisać. Do stajni, w której trzymam konia zakupiono klacz do szkółki jeździeckiej. Okazja - tani koń od chłopa, z krwią arabską, 12 lat. Klacz nie miała żadnych dokumentów, nie miała nawet imienia. W mojej stajni nazwano ją Stokrotką. Potem ktoś się zorientował, że klacz ma palenia. Na podstawie paleń ustalono, że to 22-letnia arabka Eleina, matka stadna z Kurozwęk. (..) Jest ufna i nadal bardzo chętna do pracy. Tylko czy zwyczajna szkółka jeździecka, to właściwe miejsce dla takiej klaczy? Chciałabym, żeby znalazł się jakiś miłośnik arabów, który byłby gotowy zostać właścicielem tej klaczy. Myślę, że mogłaby urodzić jeszcze parę źrebiąt i że było by to dla niej właściwsze zadanie". Cóż będę Państwu opowiadał, złapało nas za serce, a jeden rzut oka w rodowód , karierę hodowlaną i wyścigową potwierdził, że w życiu nie ma przypadków. Eleina pochodzi z linii Wołoszki biorącej swój początek w słynnej Sławucie książąt Sanguszków. Jej matka to Elleida po Agomeju synu Celebesa. Natomiast ojciec Algierczyk to z kolei syn Algerii również po Celebes. Krew tego ogiera niezwykle mocno zaznaczyła się w hodowli koni rajdowych. Poza tym Kurozwęki! Nie cenione dziś przez miłośników konia pokazowego, ale dla fanów arabów użytkowych najwyższy znak jakości. Rajdowe Kurozwęki chciałoby się powiedzieć, bo to z nich pochodzą najlepsze i najtwardsze konie rajdowe i to nie jeden czy dwa, ale cała plejada z Cyrylem Beaty Dzikowskiej na czele. Nie było dwóch zdań, że to klacz wręcz idealnie pasująca do naszej skromnej hodowlanej koncepcji. Oczywiście szansa na to, że dwudziestotrzyletnia klacz jest zdrowa, w dodatku się zaźrebi i wyda zdrowe potomstwo nie jest specjalnie wielka, ale też nie ma takiej konieczności. Najwyżej będziemy mieli piękną, dostojną, skarogniadą klacz wyhodowaną w Kurozwękach, która będzie cieszyć oko pasąc się na naszych kresowych stepach. Zresztą zdążyłem się już przyzwyczaić, że „normalnie” nie kupiliśmy ani jednego konia, tylko albo zagłodzone, albo zwariowane, albo jedno i drugie...

Był 31 grudnia 2007 roku. Lektura tematu poświęconego starej kurozwęckiej klaczy nie dawała mi spokoju. Kupimy ją powiedziałem do żony, przynajmniej ostatnie lata życia kobyła spędzi na kresowych stepach jak na przedstawicielkę rodziny Wołoszki przystało. Kiedy brałem do ręki telefon znakomita większość rodaków szykowała się już na sylwestrowe szaleństwa. Po kilku minutach rozmowy odłożyłem słuchawkę. Po kwadransie zadzwoniłem jeszcze raz. Bierzemy Eleinę – powiedziałem zdecydowanym głosem. Gdzieś w oddali na naszym pustkowiu wystrzeliła sylwestrowa raca, a kilka godzin później korki od szampanów. W nowy 2008 rok wchodziliśmy z nowym, starym koniem.

Tydzień później, kiedy pogoda ustaliła się jako tako, zapiąłem przyczepę do auta i ruszyłem w drogę. Pierwsze spotkanie potwierdziło tylko, że w szaleństwie jest metoda. Zobaczyłem wspaniałą klacz o jedynych w swoim rodzaju pełnych ufności, łagodności i mądrości oczach. Takie oczy widziałem jeszcze tylko raz w życiu, ładnych parę lat wcześniej w Janowie Podlaskim, kiedy na plac, na czerwonej prezenterce wyprowadzono Algerię. Teraz miałem przed sobą jej wnuczkę – starego, dobrego polskiego araba.

Zaaklimatyzowała się niemal błyskawicznie, a stepowy wiatr wywiał troski dotychczasowego żywota. Natychmiast też odnalazła się w stadzie, zostając jego absolutną królową. Reszta jest tylko potwierdzeniem koncepcji, że wariatom szczęście sprzyja, albo że w szaleństwie jest metoda. Kiedy przyszła wiosna klacz w naturalny sposób weszła w ruję, więc pokryliśmy ją Mąciwodą. Prawdę mówiąc o efekt byłem całkowicie spokojny. Eleina dała jak dotąd szesnaście źrebiąt, dlatego szansa, że się zaźrebi była spora. Wizyta lekarza potwierdziła tylko nasze nadzieje. Kiedy konie wyszły na majową trawę, kobyła w jednej chwili odmłodniała, sprawiając wrażenie jakby ubyło jej przynajmniej dziesięć lat.

Trudno mi mówić dzisiaj o niej, że to stara klacz. Jest absolutnie zdrowa, bardzo żywotna, z błyskiem w oku i radością życia. Lubię wieczorami postać chwilę w jej boksie. Obserwuję ją również na pastwisku, kiedy dostojnie wyprowadza stado na trawę, albo wraca do stajni i mogę powiedzieć, że jest moją wielką nauczycielką życia. Rozmawiamy tak sobie bez słów, patrzę w jej niepowtarzalne oczy i mam wrażenie, że dzięki niej więcej rozumiem, czuję, kojarzę... I mimo, że to tylko rok, czas jest w tym przypadku nieistotny, bo ciężko dzisiaj wyobrazić sobie naszą krainę bez obecności Eleiny. Zadziwia kondycją, choć za parę chwil będzie mieć już 24 lata, zachwyca mądrością i oczarowuje cudownym charakterem. O takich klaczach do tej pory tylko czytałem, ale nie myślałem, że są naprawdę.

Starość nie jest dzisiaj w modzie. Wszystko musi być młode , piękne i bogate. Pewnie i dlatego ten świat jest coraz głupszy. Kiedyś poważano, szanowano i uczono się od starych, dzisiaj namawiają nas abyśmy mierzyli się na IQ z Dodą. Podobnie jest jeśli chodzi o konie, wszyscy chcielibyśmy mieć młode i piękne, a te stare najlepiej gdzieś wypchnąć, pozbyć się kłopotu bo już nie rodzą, mogą chorować, wymagać dodatkowej opieki. Państwowe stadniny koni arabskich pielęgnują piękną tradycję, czyniąc z zasłużonych klaczy stadnych niemal ikony, którym dożywotnio zapewnia się godziwą opiekę i miejsce, choć tak naprawdę nie są już potrzebne.

Opisałem Państwu przykład z własnego podwórka żeby trochę tę końską starość „ odczarować”. Nie bójmy się starych koni, nawet gdyby wiązało się to z pewnymi kłopotami, czy niedogodnościami. W końcu jak mawiają Beduini: wszystkie dobre uczynki wobec koni zostaną nam zapisane i wynagrodzone.

Kiedy ten tekst trafi do Państwa rąk, bohaterka artykułu Eleina będzie szykować się do porodu. Trzymajcie kciuki...


Opowieść IV

Wspaniałe konie i przeklęci dziedzice

W dziewiętnastym i na początku dwudziestego wieku, Wojsławice słynęły z hodowanych tu koni orientalnych. W owym czasie była to jedna z najcenniejszych stadnin na Lubelszczyźnie, znana nie tylko w rejonie, ale na terenach całej Polski. Z ogromną pasją i talentem konie hodował tu hrabiowski ród Poletyłów. Co ciekawe, miejscowi panowie zostali zapamiętani nie jako wybitni hodowcy, ale przeklęci dziedzice.
 

IMPERIUM POLETYŁŁÓW
 

Wojsławice leżą we wschodniej części Wyżyny Lubelskiej, w regionie zwanym Działami Grabowieckimi. Położona nad Wojsławką wieś już w 1440 roku uzyskała prawa miejskie. Na przestrzeni wieków miasteczko było w rękach Tyszkiewiczów, Czarnieckich, Potockich, a pod koniec osiemnastego wieku przypadło Poletyłłom, którzy zachowali je w posiadaniu do lat dwudziestych minionego wieku. Najprawdopodobniej wywodzą się oni z drobnej szlachty zaściankowej z północno – wschodniego Podlasia. Jak podają źródła do tytułu hrabiowskiego i magnackiej fortuny startowali z pozycji administratorów i dzierżawców majątków magnackich. Pierwszym gospodarzem na Wojsławicach był Wojciech Poletyłło, ponoć dobry zarządca, ale i bezlitosny pan. Miał trudnić się zwykłą lichwą, co w szybkim tempie pomnażało jego majątek. Obejmując dobra wojsławickie po Kurdwanowskich zastał je w niezłej kondycji. W nabytych włościach hrabia Wojciech przeprowadza szereg reform gospodarczych , inwestuje w rozwój i rozbudowę majątków. Jednocześnie zaostrza rygory pańszczyźniane, wprowadza czynsze i różne ograniczenia dotyczące korzystania z lasów, a także wypasu bydła. Wkrótce sprawuje rządy absolutne nie znosząc jakiegokolwiek sprzeciwu. Buduje sieć karczm i obsadza je arendarzami, których zadaniem jest donosić o wszelkich przejawach buntu. Niezadowolonych z takiej polityki pozbywa się rekrutując ich do armii zaborczych. Następcy Wojciecha idą w jego ślady przejawiając talenty skutecznych gospodarzy jak i bezwzględnych panów, co w krótkim czasie doprowadza ich do znacznej fortuny. W efekcie wśród okolicznych mieszczan i chłopów zyskują miano przeklętych wyzyskiwaczy i dziedziców.
 

KONIE Z WOJSŁAWIC
 

Konie w Wojsławicach hodowano na długo przed pojawieniem się tu rodu Poletyłłów. Jednak to oni wynieśli stadninę na niespotykany dotąd poziom, sprawiając, że stała się powszechnie znana. Niewątpliwie najwybitniejszym hodowcą był zarządzający dobrami w drugiej połowie dziewiętnastego wieku, aż do ich upadku w latach dwudziestych wieku następnego, Franciszek Poletyłło.   Cieszył się dużą sławą nie tylko na Lubelszczyźnie. Aktywnie działał w pracach związków hodowlanych, jeżdżąc często do Warszawy, a także podejmując u siebie w Wojsławicach wielu znamienitych gości i koniarzy. Znany był z wariackich pomysłów, rycerskiej fantazji i niebywałej pasji życia, a niektóre z jego ekstrawagancji przypominane są po dziś dzień. Słyszałem na przykład, że chcąc zaoszczędzić na znaczku pocztowym, wysyłał list konnym kurierem do Lublina i jeszcze tego samego dnia wieczorem otrzymywał odpowiedź. Tak naprawdę, chodziło jednak o próby dzielności jakim poddawał swoje konie. Do Lublina i z powrotem było około 180 km.

Podobnie rzekomo z oszczędności, wyjeżdżając do Warszawy nie zatrzymywał się tam w modnym w owym czasie hotelu Solec. Twierdził , że go na to nie stać i dlatego jechał do stolicy pociągiem, wynajętą salonką z własnymi kucharzami i służbą. Jednak do najbardziej znanych należały jego pogonie za pociągiem. Hrabia miał zwyczaj sam odwozić na stację gości bawiących wówczas licznie w Wojsławicach. Umyślnie wyjeżdżał końmi zbyt późno, po to by spóźnić się na pociąg. Następnie z wielką rozkoszą prezentował to , co potrafią jego konie ścigając się z pociągiem do następnej stacji oddalonej o dwadzieścia kilka kilometrów. Podobno nigdy takiego wyścigu nie przegrał.

Najlepsze ze swoich wierzchowców trzymał w specjalnej stajni, a wchodząc do niej na znak szacunku ściągał czapkę i zakładał dopiero po wyjściu. Utrzymywał liczne stado koni orientalnych, ale też jego wielką dumą były hodowane w majątku czyste araby. Szczególnie upodobał sobie najstarszy w Polsce, bo sprowadzony z Arabii w roku 1876 męski ród ogiera Krzyżyk. Łatwo mi wyobrazić sobie te konie, ponieważ zupełnym przypadkiem z tego samego rodu Krzyżyka pochodzi mój Mąciwoda. Hrabia krył arabami małopolskie klacze, uzyskując przeważnie wyśmienite efekty. Były to bowiem czasy, gdy konie od Poletyłły stanowiły świadectwo jakości i ustawiała się po nie kolejka. Hodowca zawdzięczał to doskonałym klaczom, które z uwagi na ograniczone możliwości finansowe, nabywał niejako sposobem. Kupował konie doskonałe, ale stare, dzięki czemu cena za nie była dużo niższa. Mimo zaawansowanego wieku udawało mu się uzyskiwać od nich klasowe potomstwo, które stawało się zaczątkiem stadniny. Do historii przeszła również scena, kiedy w roku 1880 Poletyłło pokazywał bawiącemu na Działach Grabowieckich Henrykowi Sienkiewiczowi araba Chrobry, a dla lepszego efektu straszył konia czapką. Sienkiewicz na Działach, to temat na zupełnie inną opowieść, napomknę tylko, że w przywołanym już 1880 roku gościł dwukrotnie w Grabowczyku u słynnego wówczas malarza Władysława Czachórskiego. A wracając do hrabiego Franciszka, niewątpliwie był on człowiekiem obdarzonym wielką pasją, wizją i zmysłem hodowlanym.
 

KONI ŻAL
 

Ostatni z rodu Poletyłłów lubili się dobrze bawić. Niestety zabawa ma to do siebie, że często bywa kosztowna. Z czasem olbrzymi wydawać by się mogło majątek zaczął popadać w długi i finansowe tarapaty. W 1923 roku po śmierci Franciszka Poletyłły, dobra przejmuje krewny Mikołaj, doprowadzając je tylko do jeszcze większej ruiny. Liczne wierzytelności ciążące nad majątkiem przejmuje Bank Ziemski zainteresowany jedynie odzyskaniem jak największej ilości pieniędzy. Zagładzie ulegają przepiękne wojsławickie lasy. Ludność dewastuje i rozkrada słabo lub w ogóle nie chronione mienie. Przepiękny pałac, stylizowany na warszawski belweder jest zupełnie splądrowany, strasząc porozbijanymi ścianami i fragmentami powyrywanych futryn. Wkrótce miejscowi radni dają zgodę na wycięcie przepięknego dworskiego parku, z którego drzewo zostaje sprzedane na opał. Jaki los spotyka bezcenne konie niestety nie wiadomo.

Dzisiaj w Wojsławicach po dawnym imperium Poletyłłów i wspaniałej stadninie koni nie ma praktycznie śladu. W miejscu pałacu stoi szkoła, przepiękny ongiś staw jest zarośniętym chaszczami zagłębieniem, z parku nie ostało się ani jedno drzewo. Jedynym świadectwem tamtych czasów są ruiny słynnej kiedyś w całej Polsce stajni. Pytamy kilku ludzi o Poletyłlów, o konie? Patrzą na nas dziwnie wzruszając ramionami, a jedna kobieta pyta: O co tak właściwie chodzi i czy my przypadkiem nie Cyganie...

Myślę jeszcze, czym byłyby dzisiaj Wojsławice z zachowanym pałacem, parkiem, stajnią i żywą legendą hodowanych tu wspaniałych koni? Być może słynnym na Kresach miejscem, do którego zjeżdżaliby turyści i koniarze z Polski i świata? Może zwiedzaliby pałac, oglądali stajnie, dosiadali koni, a ktoś opowiadałby im jak hrabia Franciszek ścigał się z pociągiem?

A tak Wojsławice to dzisiaj nikomu nieznana, niczym nie wyróżniająca się mieścina. Szkoda. W takich chwilach przypominają mi się słowa naszego papieża, który powiedział, że naród tracący pamięć i tradycje – ginie.


Opowieść III

Z podróży do Jarczowiec

"Koński Targ" styczeń 2008


Opowieść II

Araby zapomniane przez Boga

W ciepły lipcowy wieczór leżę w hamaku, na drewnianym tarasie krytym osikowym wiórem. Konie cicho parskają, liście wielkiego orzecha łagodnie szumią na delikatnym wietrze, cisza, którą zakłóca jedynie pochrapywanie poczciwego mastifa brazylijskiego imieniem Bandos, za czartoryjskim lasem chowa się czerwona słoneczna kula. Krótko mówiąc, obrazek w stylu idealny kicz, pod tytułem: wsi spokojna, wsi wesoła. Tyle że mi jakoś dziwnie smutno i przykro. Myślami jestem daleko na Ukrainie, gdzie zimą tamtego roku widziałem konie arabskie, o których Pan Bóg najwyraźniej zapomniał. Już dawno powinienem o tym napisać, tylko – jak to mówią- jakoś się nie składało. Ale dłużej nie ma co odwlekać, jestem to winien, przede wszystkim tym koniom. Posłuchajcie...

Jesienią ubiegłego roku Czesław Witko, właściciel stadniny Kielnarowa, rzuca pomysł wyjazdu na Ukrainę, gdzie podobno zachowały się jeszcze araby z filii tierskiej stadniny ulokowanej w miejscowości Jagielnica. Na początku grudnia meldujemy się w Tarnopolu, skąd zabieramy naszego ukraińskiego przewodnika. Wyruszamy na południowy wschód i po godzinie jazdy dojeżdżamy do Czortkowa. Z minuty na minutę rośnie podniecenie, a także i oczekiwania. Wcześniej dostaliśmy ksero rodowodów i kart hodowlanych kilku koni, a że należymy jeszcze do pokolenia , które zawzięcie rusyfikowano, nie mamy większych problemów z odczytaniem imion koni. A rodowody nie byle jakie, w których , co i rusz przewijają się imiona zacnych i powszechnie znanych arabów. Tu Salon , tam Korej, Arax, Priboj, Nabeg, Mommona, Nomenklatura. Same gwiazdy, rzec można światowej hodowli. Nic dziwnego, że spodziewamy się zobaczyć bardzo wiele, a pikanterii całej sytuacji dodaje fakt, że od bardzo dawna nikogo tam nie było. Jesteśmy pierwsi i czujemy się niemal jak odkrywcy. Droga dłuży się niemiłosiernie i nie możemy się już doczekać.

Wreszcie naszym oczom ukazuje się należąca niegdyś do dóbr Lanckorońskich Jagielnica. Na wzgórzu, widoczny z wielu kilometrów stoi olbrzymi zamek. Zaniedbany, częściowo rozgrabiony i zrujnowany, ale i tak powalający swoim majestatem. Kilkaset metrów dalej rozciągają się dworskie stajnie. Jesteśmy w towarzystwie pani zootechnik, która od dwudziestu pięciu lat zajmuje się tu końmi, również arabami.   W połowie lat siedemdziesiątych w Moskwie zapadła decyzja o utworzeniu nowej stadniny arabskiej na Ukrainie. Jakie były tego powody nikt nie potrafił nam wyjaśnić. Z drugiej strony , miejsce do hodowli arabów prawie wymarzone. W czasach Drugiej Rzeczypospolitej bliższa i dalsza okolica była wręcz usiana mniejszymi i większymi ośrodkami zajmującymi się hodowlą koni czystej krwi. W najbliższym sąsiedztwie działały Niskołyzy braci Mencel, Wysuczka , Zabawa, a i do Jezupola czy słynnych Jarczowiec niewiele stąd dalej. Zresztą, jest to rejon gdzie niemal od średniowiecza lokowano słynne kresowe stadniny arabów, bądź koni orientalnych. Nie sądzę jednak aby był to argument , który brali pod uwagę komunistyczni kacykowie. W każdym razie jeszcze w latach siedemdziesiątych w jagielnickim konnym zawodzie pojawiło się piętnaście klaczy arabskich i jeden ogier, które trafiły tu prosto ze stadniny w Tiersku, a my za chwilę mieliśmy obejrzeć, co po niemal trzydziestu latach zostało z tej hodowlanej koncepcji. Jagielnica hodowała i hoduje konie głównie gorącej krwi ukraińskiej. Za czasów komuny stało tu dwieście koni, dzisiaj niewiele mniej, bo około stu siedemdziesięciu. Wraz ze zmianami ustrojowymi stadnina została sprywatyzowana, ale jak to w byłym imperium trudno ustalić kto jest jej faktycznym właścicielem. Dzisiaj stanowi niewątpliwie relikt byłej epoki, bo w rolnictwie ukraińskim miejsce koni zajęły super nowoczesne ciągniki najświetniejszych światowych marek, a jazda konna nie jest tu jeszcze specjalnie popularna. Owszem od czasu do czasu Jagielnica wypożycza wierzchowce konnym turystom, którzy w znakomitej większości przybywają z Niemiec lub Polski , aby z grzbietu czworonoga podziwiać bezkresne stepy. Nasz przewodnik zaserwował nam nawet pyszną anegdotkę, o tym jak to stał w Jagielnicy kary koń podarowany wcześniej byłemu prezydentowi Kuczmie. Wszyscy omijali go z respektem i darzyli szacunkiem należnym wierzchowcowi prezydenta. Któregoś razu inny wierzchowiec niemieckiego turysty zakulał. Niestety jedynym, który mógł go zastąpić był prezydencki rumak. Po długich namowach i przy użyciu wiadomych argumentów udało się konia wynająć. Niestety osobnik był w ogóle bez formy, czemu i dziwić się nie sposób, bo jak to jeździć na prezydenckim koniu? Łatwo przewidzieć, że do następnego popasu nieszczęsny jeździec dotarł pieszo, prowadząc w ręku umordowanego konia, który słaniał się na nogach i ledwie łapał powietrze do płuc. Następnie oburzony Niemiec zapytał organizatora - Stary, co ty mi dałeś? Na co ukraiński organizator z kresowym refleksem odpowiedział – Co chcesz , jaki prezydent, taki koń!

Wchodzimy do przestronnych dworskich stajni. Na suficie ogromne drewniane belki, z pewnością pamiętające inne czasy. Boksy starannie pobielone, korytarz zamieciony, jednym słowem porządek ,którego raczej się nie spodziewaliśmy. Pierwsze kroki kierujemy w stronę jedynego w całej stadninie arabskiego ogiera. Z przedstawionych rodowodów wiemy, że jest to dwudziestopięcioletni siwy BIEDNIAK z rodu Ibrahima or.ar. Koń na początku lat osiemdziesiątych jako roczniak przybył do Jagielnicy, aby zostać czołowym i od przeszło dwudziestu po dziś dzień kryje tutejsze klacze. Wchodzimy do boksu, widok jest przyjemny dla oka, bo Biedniak to z pewnością klasowy koń. Śnieżnobiały, kościsty, ramowy, dobrze zbudowany, ładna szyja, dobra głowa i żywe, duże czarne oko. Trochę „ siedzi górą”, ale w końcu ma już ćwierć wieku, poza tym w rodzie Ibrahima to niemal cecha firmowa. Jego ojcem jest Moment, a dziadkiem słynny Salon – syn epokowego Negatiwa. Pytamy grzecznie czy byłaby możliwość wyprowadzenia konia na padok, czy maneż i tu następuje pierwszy szok. Pani zootechnik, która ponad dwadzieścia lat przepracowała przy arabach pyta nas, co takiego zobaczymy na wybiegu, czego nie widać w boksie? Po kilkuminutowych pertraktacjach i zapewnieniach, że we wszystkim pomożemy udaje się wyprowadzić ogiera na kryty maneż. Biedniak bez specjalnej zachęty czy dopingu, natychmiast rusza kłusem , za który na każdym pokazie musiałby otrzymać trzy „20”. Po kilku okrążeniach mam wrażenie, że ubyło mu przynajmniej dziesięć lat, ogier wręcz płynie przepięknie wyginając łabędzią szyję. Stoimy jak zaczarowani, dając się ponieść urokowi chwili. I tylko pani zootechnik ogląda popis araba znudzonym, monotonnym wzrokiem, a na jej twarzy nie widać żadnych emocji. Zastanawiam się czy zrozumiała dlaczego upieraliśmy się, żeby wyciągnąć ogiera z boksu? I w tej samej chwili daję sobie odpowiedź: Nie, nie zrozumiała!

Sprowadzamy ogiera i ruszamy dalej. W stadninie znajduje się jeszcze sześć dorosłych arabskich klaczy i sześć młodych klaczek. Mijamy kolejne boksy, w których stacjonują konie półkrwi. Z każdą chwilą robi coraz bardziej ponuro i smutno. Wreszcie dochodzimy do arabów. Kobyły zdecydowanie odstają klasą od ogiera. Owszem ramowe dość kościste, ale mało urodziwe i finezyjne. Chcielibyśmy zobaczyć je w ruchu, albo chociaż na korytarzu, ale gospodyni nie zgadza się już aby konie wyprowadzać. Wszystko widać w boksie - mówi. A w boksie widać smutne, pogodzone z losem konie, dla których nikt nie ma czasu, dobrego słowa, o sercu nie wspomnę. Pytam czy one kiedykolwiek wychodzą? Tylko wiosną klacze ze źrebakami, na padok przed stajnią, reszta cały czas stoi w stajni – odpowiada pani zootechnik. Przechodzimy do młodzieży, w ciasnych boksach stoją roczniaczki i dwulatki, wszystkie po Biedniaku. Niestety spodziewaliśmy czegoś innego, młodzież jest sporo gorsza od własnych matek i jeszcze bardziej od ojca. Może gdyby miały okazję pokazać się w ruchu wrażenie uległoby zmianie. Po cichu zastanawiamy się jak to jest możliwe? Z każdym mijanym koniem gaśnie w nas początkowy entuzjazm i ciekawość. Wchodzę do boksów, daję się obwąchać, głaszczę. Wszystkie araby są bardzo spokojnie, ufne, zrównoważone, tyle że jakoś emocjonalnie nieobecne. Nigdzie indziej nie widziałem u koni arabskich tak beznamiętnego spojrzenia. Momentami mam wrażenie, że stoję nie obok gorącokrwistego konia, a obok skazańca, który dostał dożywocie i na nic już nie ma nadziei. A w oczach, w których nie ma nadziei, nie ma życia. Pani zootechnik wyraźnie się spieszy, a i my zobaczyliśmy już wszystko. Wkrótce żegnamy się i wyjeżdżamy.

Z tej podróży pozostaną mi dwie zasadnicze refleksje. Pierwsza to taka, że trzeba nam było pojechać na Ukrainę, żeby zobaczyć i zrozumieć na jakim poziomie znajduje się polska hodowla. I nie chodzi mi tu nawet o wymiar czysto zewnętrzny, dotyczący pokroju. W Jagielnicy widziałem konie arabskie czystej krwi hodowane jak świnie, bez emocji, pasji, zaangażowania, czy choćby minimalnego poczucia estetyki. Roman Pankiewicz mawia , że koń to kultura. A kultura to potrzeba wyższa, którą cechuje wrażliwość, uduchowienie, fantazja, poczucie piękna i towarzyszące temu emocje. Tam na Ukrainie zdałem sobie sprawę, że nasza hodowla arabów, to prawdziwy skarb, bo od zarania zajmowali się nią ludzie wielkiej kultury. To spuścizna, której nijak nie wolno nam zatracić.

Druga refleksja jest bardziej przyziemna. Być może mam jakieś skażenie, ale nigdy nie cieszyło mnie to złoto, co najjaśniej świeci. Dlatego ciągle myślę o arabach z Jagielnicy. Oczywiście w wymiarze pokazowym są bezprzedmiotowe, ale przecież nie każdy musi latać z arabem na sznurku. Za to użytkowo... Kosciste, rosłe, w dużych ramach, a w rodowodach Arax, Korej, Priboj – prawdziwe ikony światowej hodowli koni rajdowych. Ciekawi mnie, co by było, gdyby o tych koniach Bóg sobie jednak przypomniał? Wiem, że to są czasy, w których champion pokryty championem musi dać championa i nie ma tu miejsca na bajki o Kopciuszku. Z drugiej strony historia Kopciuszka jest dużo ciekawsza. Kto wie, może do Jagielnicy trzeba zajrzeć ponownie? Tylko tym razem z przyczepą...


Opowieść I

Pniaki Gdeszyńskie

Ładnych parę lat temu, kiedy jeszcze jako mieszkaniec naszej ukochanej stolicy wybrałem się na wschodnie rubieże Rzeczypospolitej, doznałem dość dużego szoku. Niecałe dwieście kilometrów na wschód od Warszawy, nagle wszystko było kompletnie inne. Ludzie byli inni, jacyś bardziej spokojni, otwarci, uśmiechnięci, mniej zagonieni i skoncentrowani na sobie. Powietrze było inne, rześkie, czyste, bardziej ostre. Inne było niebo, bo jakieś bardziej błękitne i wyrazistsze. Nawet bociany nie przypominały tych, które dotąd widywałem. Te znad Bugu, były żywotniejsze i jakby radośniejsze. Co to jest u licha – myślałem? A jakiś wewnętrzny głos natychmiast podpowiadał: Kresy człowieku, Kresy!

Dałem się wówczas uwieść, co więcej ta fascynacja trwa po dziś dzień. Dla nich rzuciłem wszystko, zawód, środowisko, znajomych, styl życia i wyniosłem się na drugi koniec Polski. Co zrobić, kiedy magia Kresów nawet tych dzisiejszych, które są przecież ledwie namiastką dawnych Kresów Rzeczypospolitej jest jedyna w swoim rodzaju. Tutaj nawet dzisiaj świat wygląda jeszcze zupełnie inaczej, a zwłaszcza ten widziany z grzbietu konia. W moich końskich włóczęgach zawsze przyświeca mi słynne zdanie Romana Pankiewicza, mówiące, że koń to kultura. Może dlatego na trasie bardziej niż wiejskich sklepów GS-u, staram się szukać śladów kultury dawnych Kresów.

Mam takie miejsce, gdzie ze szczególnym upodobaniem jeżdżę wiosną, gdy na drzewach pojawiają się kwiaty starodawnych odmian jabłoni, grusz, wiśni. Pniaki Gdeszyńskie, to nawet nie jest wioska, może co najwyżej kolonia, albo żeby powiedzieć bardziej ze staropolska zaścianek. Pniaki, bo teren był kiedyś zalesiony i ludzie wydarli go matce naturze, czyniąc zeń uprawną ziemię. Na pierwszy rzut oka nic ciekawego, kilkanaście walących się, opuszczonych gospodarstw, może ze cztery zamieszkałe, ale klimat jedyny w swoim rodzaju. Co zrobić, mam hopla na punkcie drewnianej zabudowy, a tu próżno szukać choćby jednej murowanej chałupy. Wyobraźcie sobie zapomnianą drewnianą wioseczkę, położoną na pagórach Działów Grabowieckich, której nie przecina ani jedna bita droga. Do najbliższego asfaltu jest stąd dobre trzy kilometry. Nigdy nie było tu sklepu, a ludzie muszą liczyć sami na siebie, bo w razie czego karetka raczej nie dojedzie. W zimie można tu dojechać tylko koniem, w bardziej przyjaznej porze autem terenowym, zwykłą osobówką może kilka razy w roku. Pniaki umierają, wyludniają się, bo kto chciałby dzisiaj tak mieszkać i żyć? Prawdopodobnie dlatego są cudownie unikalne. Nie zobaczysz tu samochodu, z rzadka może zaturkocze gdzieś ciągnik i to wszystko, nie słyszałem też nigdy aby ktoś kosił trawę spalinową kosiarką. W ogóle zobaczyć na Pniakach jakiekolwiek ślady życia jest sztuką nie lada. Czasem tylko mijam na rozstaju dróg pod krzyżem zgiętą w pół babinkę, która uparcie walczy z chwastami, aby zagubiona gdzieś na końcu świata kapliczka nie zarosła. Są tu za to przepiękne przydomowe sady, pełne starych odmian jabłek, śliwek, gruszek, czereśni. Przy obejściach wiejskie kwiaty, niemodne malwy, słoneczniki. I cisza, że nawet pies nie zaszczeka. Trudno oprzeć się wrażeniu, że jest tu ciągle jak na Kresach za czasów Mohorta, którego autor pisał: „ Ziemia tu jeszcze tak głucha, ze czasem tylko pod koniem zagada”. Tyle tylko, że onegdaj była w tych okolicach prawdziwa kulturowa mieszanka. Obok siebie żyli Ukraińcy, Polacy, Żydzi. Naprzeciw cerkwi stał kościół, albo i meczet. Tak bywa jeszcze czasem na Polesiu, jak choćby w Sławatyczach, w rejonach Zamościa i Hrubieszowa już niestety nie. Dawne cerkwie albo zniszczono, albo wyświęcono na kościoły, cmentarze zarosły, a z ludnością poradziła sobie akcja Wisła. W efekcie, w tych od zawsze zróżnicowanych etnicznie rejonach dzisiaj jest jeden naród i jedno wyznanie. Mąciwodą jadę tu z domu dwadzieścia minut. Ludzie widząc konia chętnie przystają, rzucając na chwilę zajęcia, zresztą gdzie im się spieszy i zaczyna się mniej lub bardziej pasjonująca rozmowa. Dwa, trzy kilometry dalej leży Bereść. Już sama nazwa nie pozostawia wątpliwości, przed wojną była to wieś ukraińska. W czasie wojny słynęła na okolicę jako gniazdo band ukraińskich. Stąd czyniono krwawe wypady na polskie wioski i domostwa. Jak się okazało do czasu, bo którejś nocy wieś otoczyli polscy partyzanci. Akcją dowodził słynny na Zamojszczyźnie dowódca AK Pingwin. Tym sposobem Bereść przestał istnieć, dzisiaj nie ma tam jednej osoby, której rodzina ostałaby się sprzed wojny. Kawałek dalej leżą Mołodiatycze, stała tam kiedyś podobno piękna bizantyjska cerkiew, której bardzo stare i bardzo niewyraźne fotografie udało mi się kiedyś widzieć. Po cerkwi nie pozostało ani śladu, jedyne co ludzie pamiętają, to że w wojnę jakiś żołnierz strzelił sobie na wiwat, a kula przechodząc przez drewnianą ścianę domu zabiła śpiącego popa. Takie to kresowe opowieści.

Nieco na południe od Pniaków leży wieś Gdeszyn. Równie pięknie położona, bo na pagórkach i w wąwozach Grabowieckich Działów. Wieś ta znana jest w bliższej i dalszej okolicy za sprawą księdza Pisarskiego, który był tu proboszczem w czasach drugiej wojny światowej. Ksiądz, jako prawdziwy chrześcijanin dał schronienie ściganym przez Niemców działaczom komunistycznym. Za swoją postawę zapłacił życiem. Dzisiejszy proboszcz parafii Gdeszyn stara się przywrócić pamięć o bohaterskim duchownym. Wojennych śladów tu wszędzie pełno. Kawałek za Gdeszynem w Zaborcach natykam się na cmentarz żołnierzy austriackich z pierwszej wojny światowej. Podobno w zbiorowych mogiłach chowano tu i Rosjan, i Austriaków, a nawet Niemców, tym sposobem w jednym miejscu leżą zgodnie obok siebie zaciekli wrogowie.

Uwielbiam wyprawy na Gdeszyńskie Pniaki, bo takich wsi, czy przysiółków już praktycznie nie ma. Kilka drewnianych wiosek można spotkać jeszcze na Polesiu, Podlasiu, czy Podkarpaciu. Chociaż te z Podkarpacia mimo, że drewniane kłują w oczy nowoczesnością i bogactwem. Na moich Pniakach świat jakby się zatrzymał. Tak musieli tu żyć ludzie i sto i dwieście lat temu. Chałupy tylko nie mają strzechy, a kryte są królującym na całym wschodzie eternitem, no i jakiś czas temu doprowadzono do nich prąd. Niestety mam pełną świadomość, że dopóty tam jest klimatycznie i pięknie, dopóki jest biednie. Jeżdżę tam koniem, żeby pomyśleć o dawnych Kresach Najjaśniejszej. O wielkich położonych na bezkresnych stepach magnackich stadninach hodujących konie arabskie. O dawnych dworach, szlacheckich siedzibach plądrowanych co i rusz przez tatarskie czambuły. Myślę o bohaterach Trylogii, kozackich powstaniach, o współistnieniu przez całe wieki kilku różnych nacji. Chodzą mi po głowie nasze niegdysiejsze twierdze jak Chocim, Kamieniec Podolski, Zbaraż. Stają mi przed oczami dnieprowe porohy, odszukuję w pamięci nazwy rzek: Dniestr Seret, Zbrucz, Niemen. Przelatują przez głowę siedziby wielkich rodów: Żółkiew Sobieskich, Sławuta Sanguszków, Jarczowce Dzieduszyckich. Wspominam Emira Rzewuskiego, który jako ataman Rzewucha z Sawrania prowadził na pomoc powstańcom oddział wiernych kozaków, dosiadających przyprowadzonych z pustyni arabów. Myślę o polskich panach i ukraińskiej czerni. O pogromach na Wołyniu, tych opisanych w Pożodze przez Kossak Szcucką, jak i tych późniejszych. Przypominam sobie losy mojej rodziny, którą zimą czterdziestego roku, z pod tarnopolskiej wsi Sowieci wywieźli na Sybir. Ale pamiętam również, że sto lat wcześniej kilkadziesiąt kilometrów dalej Juliusz Kossak malował swoje pierwsze araby. W wyobraźni staram się zobaczyć legendarne Dzikie Pola i zastanawiam się jaką przygodą musiały być ówczesne poselstwa do chanatu krymskiego. Przypomina mi się Beresteczko, Zbaraż, czy wyprawy Sobieskiego na czambuły.

Prawdopodobnie nie myślałbym o tym wszystkim gdybym nie dosiadał konia. Bo przecież koń łączy te wszystkie miejsca, zdarzenia, epoki. Nie ma Kresów bez koni, ich historii, dramaturgii, legendy. A skoro koni żal, to przecież żal i Kresów. Jeżdżę dzisiaj na Mąciwodzie po ich namiastce, skrawku , który pozostawiła nam historia. I żeby było jasne nie mam żadnych pretensji, ani tym bardziej złudzeń, w zupełności wystarczają mi urocze Gdeszyńskie Pniaki. Czasem tylko marzy mi się żeby tak jeszcze nasze konie zamoczyły kopyta w Dniestrze.